Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja twarzy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 kwietnia 2015

Pielęgnacja okolic oczu z marką Balea.

    Jeszcze rok temu kremy pod oczy stosowałam dość nieregularnie. A mianowicie - jak mi się przypomniało, to wklepywałam je w skórę ;) A potem dziwiłam się czemu dany kosmetyk nie działa... A jak ma działać skoro nie ma na to czasu, a ja stosuję go bardzo rzadko?


    W styczniu tego roku skusiłam się na krem pod oczy marki Balea. Znajdował się on w plastikowej tubeczce, o dość sporej długości i pojemności 15 ml. Dodatkowo, zapakowany był w dość spory kartonik, na którym znajdowały się wszelakie informacje na jego temat - jak działa, jak trzeba go stosować oraz jego skład. Oczywiście, wszystko w języku niemieckim ;)


    Krem posiada średnio gęstą konsystencję, którą z łatwością rozsmarowuje się na skórze. Dość szybko się w nią wchłania, nie pozostawiając na niej jakiejkolwiek lepkiej czy też tłustej warstwy. Jego zapach określiłabym jako neutralny. Nie powinien drażnić Waszego zmysłu węchu ;)

     Analizując skład kosmetyku od razu możemy zauważyć parę dobroczynnych składników jak mocznik czy różnego typu olejki. Mają one działać nawilżająco i odżywczo na naszą skórę pod oczami. A jak było w moim przypadku?


    Krem bardzo dobrze nawilżał skórę pod oczami, która po jego zastosowaniu była miękka i przyjemna w dotyku. Nie zauważyłam, by zminimalizował moje koszmarne cienie - jednak jaki kosmetyk poradzi sobie z nimi? ;) Podobno powinien on działać również przeciwzmarszczkowo. Może przekonam się o tym za jakiś czas, gdy pod moimi oczami nie pojawią się żadne zmarszczki ;)

    Produkt ten nie podrażnił mojej skóry w żaden sposób ani nie wywołał alergii. Przyznam, iż parę razy dostał mi się do oczu ( sama nie wiem jakim cudem! ), a i tak nie spowodował ich pieczenia czy też łzawienia.


    Jestem bardzo zadowolona z tego kosmetyku. Moja skóra pod oczami jest dobrze nawilżona i odżywiona. Krem dobrze współgra z podkładami czy też z korektorami. Nie powoduje ich ważenia się czy też utlenienia. Kupiłam go za ok. 4 euro i gdyby był dostępny stacjonarnie w Polsce to zapewne ponownie bym się na niego skusiła.


A może któraś z Was miała możliwość go stosować?


Buziaki, Wasza A.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Mała zdobycz ze sklepu DM - krem matujący marki Balea.

    Już od jakiegoś czasu panuje wielkie "boom" na kosmetyki marki Balea. Zastanawiam się czy jest to zasługa ich przystępnych cen, czy może wszystko co dla nas obce jest przy okazji bardziej kuszące? Produkty owej marki raczej trudno jest dostać w standardowych sklepach. Wyjątkiem są te miejsca, gdzie możemy zakupić chemię z Niemiec. Inne wyjście - sklepy internetowe. W tych przypadkach wybór owych kosmetyków mamy większy, ale również ich ceny są nieco wyższe. Oczywiście, trzeba tutaj doliczyć też koszty wysyłki.


    Ostatnim wyjściem jest osobista wizyta w sklepie DM, w którym można znaleźć ogrom kosmetyków marki Balea. Sama wybrałam się do tego miejsca - w czasie mojej wizyty w Goerlitz. I to właśnie wtedy skusiłam się, m. in. na matujący krem do twarzy owej marki.

    Krem znajduje się w niewielkim, plastikowym opakowaniu o pojemności 50 ml. Dodatkowo, zapakowany był w kartonowe pudełeczko, na którym znajdowały się wszelakie informacje na jego temat. Niestety, wszystkie napisy są po niemiecku, więc albo musimy przetłumaczyć sobie je translatorze, albo poprosić osobę, która zna owy język, o ich przetłumaczenie ;)


  Już na samym początku nie miło zaskoczyła i jednocześnie zdenerwowała mnie jedna rzecz. A mianowicie - w opakowaniu znajdowała się może 1/3 obiecanej zawartości produktu. Nie żartuję. Na poniższym zdjęciu pokazałam Wam dwa słoiczki kremów do twarzy o tej samej pojemności, tj. 50 ml. Oba z nich otworzyłam tego samego dnia. 
Po lewej stronie - krem marki Bielenda, a po prawej - matujący krem Balea.
   Od razu zaznaczam - kosmetyk dodatkowo zabezpieczony był folią, więc nie istniała możliwość, by ktoś sobie troszkę go odlał. Cóż, zniechęciło mnie to na tyle, iż zapewne w przyszłości już nie skuszę się na kremy do twarzy owej marki.

    Pomijając ten nie miły fakt - produkt szybko wchłaniał się w skórę, nie pozostawiając na niej nieprzyjemnej czy też lepkiej warstwy. Matowił skórę i to nawet w ekstramalny sposób. Na początku stosowałam go codziennie rano, bez wyjątku. Jednakże po mniej więcej tygodniu zauważyłam, iż na mojej twarzy pojawiła się masa suchych skórek. Dodatkowo, miejscami moja twarz była podrażniona i łuszczyła się! Krem tak bardzo matowił skórę, że aż ją wysuszał. Wydaje mi się, iż dodatkowo była to wina produktu marki Bielenda z serii Mezo Power, który niewystarczająco dobrze nawilżał skórę. Gdy zamieniłam go na krem marki Yves Rocher - stan mojej twarzy poprawił się. Stała się ona bardziej nawilżona, odżywiona, suche skórki zniknęły. Jednak to nie ten kosmetyk jest bohaterem dzisiejszego postu ;)


   Krem marki Balea zaczęłam stosować mniej więcej raz na dwa, trzy dni. Takie rozwiązanie odpowiadało mojej skórze. Była ona matowa i mat ten utrzymywał się minimum 4 - 5 godziny. Twarz nie była przesuszona, pory nie były zapchane. Musiałam uważać jedynie na podrażnienia - produkt ten dodatkowo je powiększał, wywoływał lekkie pieczenie.

   Produkt ten, stosowany raz na jakiś czas, nie był taki zły. Dobrze matował skórę, potrafił współpracować z każdym możliwym podkładem i kremem BB. Niestety, fakt, iż potrafił wysuszyć skórę, podrażnić ją i jego kiepska pojemność - zniechęciły mnie do jego ponownego zakupu.


   Krem zakupiłam bodajże za ok. 3 euro w sklepie DM. Istnieje szansa, że w sklepach internetowych jego cena będzie wyższa.



Stosowałyście kremy do twarzy marki Balea? Co o nich sądzicie?


Miłego dnia, Wasza A.

środa, 18 marca 2015

Post zakupowy - marzec '15, część I.

    Oszalałam! I to na punkcie kosmetyków i ich kupowania. Niby obiecałam sobie, iż wprowadzę w swoje życie minimalizm kosmetyczny. Jak jeszcze przez parę miesięcy dzielnie trzymałam się tego postanowienia, to teraz... nadrabiam zakupami, aż za bardzo.

    Jako że w ostatnim czasie poczyniłam dość sporo zakupów - postanowiłam post zakupowy podzielić na dwie części. Tym bardziej, iż do końca marca zostało jeszcze paręnaście dni i zapewne jeszcze nie raz zawitam w jakiejś drogerii ;)


    Zakupy w Yves Rocher poczyniłam jeszcze na koniec lutego, gdzie z ulotką promocyjną mogłam wybrać sobie jeden kosmetyków tańszy o 40 %, a do tego dostałam wybrany przez siebie żel pod prysznic. Wybrałam wariant o zapachu jeżyn. Sama nie przekonam się o jego działaniu, ponieważ wraz z tonikiem 2 w 1 powędruje do mojej mamy :) Żel o zapachu granatu na razie czeka na swoją kolej, a kulki z olejkami do kąpieli - już zużyłam. I, niestety, nie mam o nich dobrego zdania...



    Jakiś czas temu na Instagramie pokazywałam Wam moją obudowę do komórki, jaką zamówiłam na stronie E-bay. Cóż, zamówienie złożyłam jeszcze w grudniu, a paczka dotarła do mojego rodzinnego domu dopiero w lutym... Cieszę się, że w ogóle dotarła - miałam ku temu duże obawy. Może motyw nie pasuje do wiosny, która nadchodzi wielkimi krokami. Jednak mimo to - dalej mi się podoba i gości na moim telefonie ;)



    Na stronie E-bay zamówiłam również kolejne maseczki w płacie. Tym razem skusiłam się na te z ekstraktem z jagód. Zestaw 3 kosmetyków kosztował mnie ok. 12 zł.



    Jakiś czas temu jedna z Was napisała mi, iż kosmetyki Bingo Spa można zakupić w hipermarkecie Auchan. Z ciekawości zajrzałam i... skusiłam się na ich maskę do włosów oraz pieniącą się sól do kąpieli ( ok. 6 zł ). Dodatkowo, zakupiłam szampon Timotei do włosów brązowych ( 6,99 zł ) oraz płyn do kąpieli "Sweet Macaroons" marki Luksja ( ok. 9 zł ). Zauważyłam, iż ceny tych produktów były o wiele niższe w Auchan niż w typowych drogeriach. Cóż, chyba częściej będę robić tam zakupy ;)



    W Auchan skusiłam się również na krem do rąk z serii Sport SPA od Verona Cosmetics ( 3 zł ), a w Kauflandzie na żel - krem do mycia twarzy marki Nivea ( 9,99 zł ). Chwilowo stosuję obydwa kosmetyki i mam co do nich mieszane uczucia...



     Jakiś czas temu zawitałam do województwa podkarpackiego, a dokładnie - do Dębicy. Oprócz wizyt rodzinnych, skorzystałam z okazji i zajrzałam do drogerii Wispol. Tam skusiłam się na jeden z nowszych wariantów płynu micelarnego marki Garnier ( 12,99 zł ) oraz na dwie maseczki Montagne Jeunesse ( 4,99 zł / sztuka ). Jedna z nich jest czekoladowo - pomarańczowa, a druga - z lukrecją. Przyznam, iż skusiłam się na nie ze względu na denkowy post Szarony, która zachwalała inne warianty tego produktu ;)



     Na sam koniec dzisiejszego postu - pokażę Wam moje skromne zamówienie na stronie apteki DOZ. Oprócz standardowych lekarstw - ponownie zakupiłam maść ochronną z witaminą A ( 3,49 zł ), która idealnie spisuje się u mnie w okresie jesienno - zimowym, oraz na maseczkę kokosową z Beauty Formulas ( 4,39 zł ). W zamówieniu miały znaleźć się również inne maseczki owej marki, jednakże zabrakło ich w magazynie centralnym. Szkoda...


*****


     I tym "skromnym" akcentem zakończę dzisiejszy post zakupowy. Zapewne pod koniec miesiąca opublikuję drugą jego część, z kolejnymi nowościami kosmetycznymi. Już teraz jest tego dość sporo, a co będzie później? ;)


Stosowałyście któryś z powyższych kosmetyków? Co o nim / o nich sądzicie?


Miłego dnia, Wasza A.

niedziela, 15 marca 2015

Czy mezokrem pobije swoim działaniem mezoserum z Bielendy?

   Kiedy w grudniu otrzymałam paczkę kosmetyków marki Bielenda - nie mogłam doczekać się, aż będę mogła wypróbować je na własnej skórze. Tym bardziej, że wśród nich znalazły się produkty z nowej serii "Mezo", które do tej pory były mi nie znane. Prawie od razu sięgnęłam po serum, z którego byłam niesamowicie zadowolona. Kosmetyk bardzo dobrze nawilżał moją skórę, lekko ją matował, szybko się wchłaniał.

   Kiedy zużyłam mezoserum - od razu zaczęłam używać krem z tej samej serii. Niestety, co do niego mam odmienne zdanie...


    Kosmetyk znajduje się w szklanym, prosto wyglądającym opakowaniu o pojemności 50 ml. Dodatkowo, zapakowany jest on w kartonik, na którym znajdziemy wszelakie informacje na jego temat, tj. działanie, sposób użycia oraz skład. W jego wnętrzu umieszczono również małą ulotkę, w której przedstawione są inne produkty z tej samej serii.

   Pod białą nakrętką oraz sreberkiem - znajduje się krem o raczej średniej gęstości i białym kolorze. Jego zapach jest taki sam jak serum z tej samej serii. Niby lekko słodki, perfumowany, lecz nie jest on wyczuwalny na skórze.


    Produkt dzięki swojej lekkiej konsystencji - dość szybko wchłania się w skórę. Nie pozostawia na niej tłustej czy też lepkiej warstwy, co jest jedną z jego niewielu zalet. Nie zauważyłam, aby podczas jego stosowania na mojej twarzy pojawił się jakiś bolesny czy też mocno widoczny wyprysk. 

     Niestety, na tym kończą się zalety tego kremu. Według producenta - jest to kosmetyk, który intensywnie nawilża i odżywia skórę. Nic bardziej mylnego! Kosmetyk ten matował skórę, ale na pewno jej nie nawilżał. Ba! Moim zdaniem, nawet lekko ją wysuszał. Zauważyłam to w takich partiach twarzy jak boki policzków czy broda, na których posiadam skórę normalną w kierunku do suchej. To właśnie w tych rejonach moja skóra zaczęła być przesuszona, szorstka. 


     Dodatkowo, zauważyłam, iż produkt zamiast łagodzić podrażnienia - dodatkowo je nasilał. Po nałożeniu go na skórę nieco mocniej wysuszoną lub zranioną - wywoływał pieczenie, lekki ból. Chyba nie tak powinien zachowywać się krem niby intensywnie nawilżający?

     Kosmetyk ten nie koi skóry. Rzekłabym, iż po kilkudniowym stosowaniu, miejscowo, była sucha jak wiór. Nie ujędrnił jej, nie wyrównał kolorytu. Przyznam szczerze, iż chyba żadna z obietnic producenta nie została spełniona. Jestem bardzo zawiedziona działaniem tego kremu!

     Analizując jego wydajność - jest dość przyzwoita. Krem wystarczył mi na około półtora miesiąca codziennego stosowania. Niekiedy nawet dwa razy dziennie. A jego cena w drogeriach raczej nie przekracza 25 zł i często można znaleźć go w promocji.


*****


     Jak się okazało - mezokrem spisał się o wiele gorzej niż mezoserum marki Bielenda. Podobno jest on przeznaczony nawet dla osób z cerą suchą, odwodnioną. Jest to dla mnie lekkim zaskoczeniem, bo skoro u mnie, posiadaczki cery mieszanej, powodował wysuszenie i podrażnienie skóry, to co dopiero u dziewczyn z cerą suchą?


A Wy polubiłyście kremy z nowych serii marki Bielenda?


Miłej nocki, Wasza A.

poniedziałek, 9 marca 2015

zDENKOwani - luty 2015.

    Mam wrażenie, iż ostatnio czas mija w nieubłaganym tempie. Jeszcze niedawno był chłodny, szaro - bury luty, a teraz mamy ciepły, przyjemny marzec. Ha! A za nie całe 4 tygodnie mamy Święta Wielkanocne, a potem wszystko minie jak z górki - majówka, wakacje...

    Mimo iż czas mija tak szybko - mam wrażenie, że zużywanie kosmetyków idzie mi coraz gorzej. Napoczynam nowe kosmetyki, a "stare" leżą na półce i kurzą się. Czyżby znowu obudziło się we mnie zbieractwo produktów kosmetycznych?


1. Tropical Fruit peeling cukrowy do ciała złuszczająco - wygładzający marki Paloma. - Nie jestem zadowolona z tego kosmetyku, niestety. Zbyt delikatnie masował skórę, a do tego pozostawiał na niej nieprzyjemną i tłustą warstwę. Dodatkowo, mniej więcej po tygodniu jego stosowania, jego zapach zmienił się. Stał się męczący, duszący. Wręcz nie do zniesienia...

2. Peeling do ciała gruboziarnisty "Soczysta Malina" marki Joanna. - Jest to kolejny peeling marki Joanna, który przypadł mi do gustu. W swojej objętości ma dość dużo drobinek, które dobrze masują ciało. Cieszę się, iż nie pozostawia na nim tłustej warstwy. I przede wszystkim - pachnie jak malinowe żelki ;)


3. Płyn do kąpieli "Hibiskus & Kokos" z Isany. - Kolejny płyn owej marki, który zagościł w mojej łazience. Jest tani, wydajny, ma przyjemny zapach. Dodatkowo, wytwarza dużą ilość piany. Czego chcieć więcej od kosmetyku tego typu? ;)

4. Żel pod prysznic z zimowej edycji limitowanej z Isany. - Mój ulubieniec! Pokochałam go za uzależniający, ciepły, otulający zapach. Oprócz tego jest tani i wydajny. I nie wysusza skóry :)

5. Żel pod prysznic "Purple Kisses" marki Balea. - Jakoś nie mogłam przekonać się do tego wariantu zapachowego. Zapach tego produktu był dla mnie za ciężki, za duszący, zbyt perfumowany. Nie licząc tego - żel był tani, wydajny, nie podrażniał skóry.


6. Pianka do golenia o zapachu zielonego jabłuszka z Isany. - Mój kolejny ulubieniec. Kosmetyk dawał lepszy poślizg przy goleniu i łagodził podrażnienia z nim związane. Do tego miał cudowny, jabłkowy zapach, który umilał golenie.

7. Żel do higieny intymnej z wyciągiem z aloesu marki Exclusive Cosmetics. - Żel jak żel, mogłabym rzec. Dobrze i delikatnie mył okolice intymne, nie wysuszał skóry, nie podrażniał jej. Tylko szkoda, że był tak kiepsko wydajny. Takie małe opakowanie wystarczyło mi na 3 użycia.

8. Masło do ciała "Jeżyna & Malina" z serii Tutti Frutti marki Farmona. - Cudo! Dobrze nawilżało i wygładzało skórę, a do tego pozostawiało ją przyjemnie pachnącą - jak malinowa mamba ;) Kosmetyk był wydajny, szybko wchłaniał się w ciało, nie pozostawiał na nim lepkiej czy też nieprzyjemnej warstwy. Polecam jego zakup!


9. Szampon pielęgnacyjny dla niemowląt marki Hipp. - Nie jest to pierwsze i zapewne też nie ostatnie opakowanie tego produktu. Szampon dobrze i delikatnie mył skórę na mej głowie. Podczas jego stosowania na mej głowie nie pojawiał się łupież, nie wzmogło się tempo przetłuszczania włosów. Był wydajny, miał przyjemny zapach. O dziwo, miałam dość spore problemy z kupnem tego kosmetyku ;O

10. Szampon przeciwpłupieżowy Noell. - Cóż, nie zdziałał nic w kwestii mojego łupieżu. Może i był nieco tańszy oraz nieco większy od Nizoralu, jednak spisywał się o wiele gorzej niż on. A szkoda...


11. Woda toaletowa "Axe Anarchy for her". - Jej recenzja znajduje się tu.


12. Mleczko do demakijażu marki Balea. - Można rzec, iż ten kosmetyk jest prawie idealny. Usuwa makijaż w ekspresowym tempie - nawet ten z okolic oczu. Jest wydajny, ma przyjemny zapach. Jest również tani i nie pozostawia na skórze tłustej warstwy. Jednak kosmetyk ten ma jedną, koszmarną wadę - podrażnia oczy! Jakimś cudem - prawie zawsze dostawał się do nich i wywoływał ich pieczenie...

13. Mus do mycia twarzy i demakijażu marki Balea. - Jeden z niewielu kosmetyków owej marki, który nie przypadł mi do gustu. Miał nieprzyjemny zapach, który utrzymywał się na skórze. Oczyszczał ją w stopniu przeciętnym, a do tego powodował uczucie jej ściągnięcia. Niby jest tani, ale już nigdy do niego nie powrócę.



Stosowałyście którąś z powyższych rzeczy? Co o niej / o nich sądzicie?


Miłego wieczoru, Wasza A.

czwartek, 5 marca 2015

Zimowy ulubieńcy kosmetyczny.

    W ostatnim czasie poznałam wiele nowych kosmetyków, jednakże mało który z nich zrobił na mnie na tyle pozytywne wrażenie, bym umieściła go w ulubieńcach kosmetycznych. Do większości testowanych przeze mnie produktów miałam jakieś "ale". Jednak, jakimś cudem, udało mi się zebrać dość skromną gromadkę, która zapewne nie raz zagości w moich kosmetycznych zbiorach.


    Jakiś czas temu, bodajże w grudniu, otrzymałam w pracy dość sporą paczkę kosmetyków marki Bielenda. Wśród nich znalazło się, m. in. serum i tonik z serii nawilżającej, którzy zostali moimi ulubieńcami. Pierwszy z kosmetyków - bardzo dobrze nawilżał skórę, łagodził podrażnienia, a dodatkowo delikatnie ją matował. Po jego zastosowaniu moja twarz była miękka w dotyku, a do tego dobrze odżywiona. Szkoda tylko, że serum to było tak słabo wydajne...

    Moja skóra polubiła również tonik z tej samej serii. Kosmetyk ten odświeżał i zmniejszał uczucie ściągnięcia skóry, jakie mam po zastosowaniu większości żeli do mycia twarzy. Może nie zauważyłam, aby produkt ten jakoś niesamowicie nawilżał skórę, ale na pewno jej nie podrażniał, nie uczulał i był wydajny.


    Wśród moich ulubieńców nie mogło zabraknąć duetu marki Farmona z serii Tutti Frutti. A mowa tutaj o wariancie "Jeżyna i malina". Oba te produkty mają zabójczy zapach. A pachną jak... malinowa mamba! Cudo! Zapach ten długo utrzymuje się na ciele, dzięki czemu przez parę godzin pachniemy słodko i przyjemnie ;)

    Dodatkowo, masło do ciała dobrze nawilża i wygładza skórę, która po jego zastosowaniu jest miękka i przyjemna w dotyku. Za to olejek wytwarza niesamowicie dużą ilość piany i rozprzestrzenia swój cudowny aromat po całej łazience. Nie ma to jak aromatyczna kąpiel z tym produktem :)


    Przypadła mi do gustu również pianka do golenia o zapachu jabłkowym marka Isana. Jak może kojarzycie - w ostatnich ulubieńcach wymieniłam również ten sam produkt, ale w wersji "Sensitive". Ten kosmetyk spisuje się tak samo dobrze jak jego poprzednik. Daje dobry poślizg maszynkom do golenia, łagodzi wszelakie podrażnienia. A do tego ma cudowny, jabłuszkowy zapach.

    Któż nie zna żelu pod prysznic z Isany, który na swoim opakowaniu ma postać uroczego pingwinka? ;) Ja zakochałam się w jego zapachu. Jest typowo zimowy, otulający. Lekko ciężki, ale nie duszący. Może nie jest to typowa wanilia, jak obiecuje nam producent, ale i tak przypadł mi on do gustu ;) Oczywiście, kosmetyk nie wysusza i nie podrażnia skóry.



    Czas na ostatniego ulubieńca, tym razem z kolorówki. W styczniu zawitałam do jednego z niemieckich miast - Goerlitz, gdzie wstąpiłam do znanej wszystkim drogerii DM. I tam oto, m. in. zakupiłam rozświetlacz w kulkach od P2. Niby jest to mały, niepozorny kosmetyk, a niesamowicie rozświetla skórę! Nie jest to "chamski", brokatowy błysk. Określiłabym go jako subtelny, perłowy połysk, który bardzo ładnie podkreśla szczyty kości policzkowych czy obszar nad łukiem brwiowym. Za jakiś czas na pewno napiszę o nim nieco więcej, obiecuję :)


A jak prezentują się Wasi ulubieńcy?


Buziaki, Wasza A.

wtorek, 24 lutego 2015

Nowości kosmetyczne - luty 2015.

   Chyba nigdy nie będzie mi dane wprowadzić w swoje życie minimalizmy kosmetycznego. Zobaczę jakąś nową wersję zapachową jakiegoś kosmetyku - już ląduje w moim zakupowym koszyczku. W pewnym momencie miałam w swoich zbiorach 8 żeli pod prysznic, co ( jak dla mnie ) jest bezsensu! Chyba musiałabym zacząć jeść niektóre produkty, by jakoś szybko je zużyć ;)

   Większa część zakupów lutowych była spowodowana potrzebą znalezienie następców kończących się już kosmetyków. Jeżeli jesteście ciekawi - cóż ciekawego wylądowało w lutym w moim zakupowym koszyczku - zapraszam do dalszej części postu :)



    Pierwszy raz, od około 2 - 3 miesięcy, zawitałam w Drogerii Natura. Głównym celem był zakup umilaczy do kąpieli, bo płyn z Isany miałam już na wykończeniu. Skusiłam się na kosmetyk o zapachu jagodowej muffinki marki Luksja ( ok. 10 zł ), sól do kąpieli o zapachu orchidei marki Verona ( ok. 5 zł ) i trzy peelingi do ciała z nowej serii Let's Celebrate marki Farmona ( ok. 3,50 zł / sztuka ). Jestem niesamowicie ciekawa jak sprawdzą się nowości od Farmony. Jeżeli pod względem działania będą podobne do tych z serii Tutti Frutti - to na pewno polubimy się :)



     Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła ( chociaż małych! ) zakupów w Rossmannie. Dałam kolejną szansę chusteczkom nawilżanym dla dzieci z Babydream ( ok. 2,20 zł ). Mam nadzieję, że nie będą tak samo suche jak te w wersji sensitive. Dodatkowo, zakupiłam płyn do higieny intymnej marki Biały Jeleń ( ok. 8 zł ) i antyperspirant w wersji Aloe Vera z Rexony ( 6,99 zł )



    Ostatnio coraz częściej robię zakupy na stronie Apteki DOZ. Można dostać tam leki tańsze niż w stacjonarnej aptece oraz kosmetyki, które dość trudno znaleźć w standardowym sklepie. Tym razem skusiłam się na matujący żel do mycia twarzy z Beauty Formulas oraz tonik oczyszczający ziołowy marki Fitomed. Oba kosmetyki kosztowały mniej więcej 8 zł




    Czas na ostatnie nowości z miesiąca luty. Tym razem jest to paczka perfum, którą dostałam od swojego W. w ramach prezentu walentynkowego. Wśród produktów znalazły się takie zapachy jak:
* "Royal Revolution" od Katy Perry,
* " To Be Woman" od Police, 
* mgiełka zapachowa "Mango Temptation" od Victoria's Secret,
* próbki zapachów ( jedne gratisowe, trzy zakupione ).

Zamówienie zostało złożone w sklepie Iperfumy. Słyszałam dużo opinii o tym sklepie - na Wizażu drogeria ta należy do tych polecanych i zaufanych. Jednak znajdą się i takie osoby, które stwierdzą, iż sklep ten sprzedaje podróbki. Albo ja mam szczęście, albo jest tak standardowo - zapachy długo utrzymują się na skórze i są identyczne jak te, które znajdują się stacjonarnych perfumeriach. Jestem bardzo zadowolona z prezentu i myślę, że kiedyś sama skuszę się na zakupy na stronie Iperfumy :)



A na co Wy skusiłyście się w ostatnim miesiącu?


Buziaki, Wasza A.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Nowości kosmetyczne - styczeń 2015.

    Nie licząc mojej pierwszej wizycie w niemieckim DM-ie i poczynionych w nim zakupach - skusiłam się na jeszcze parę innych produktów w naszych polskich drogeriach. Hm, czyżbym była uzależniona od wizyt w tego typu sklepach? ;)


    Po raz pierwszy od bodajże pół roku zawitałam do Drogerii Natura. Zapewne gdybym nie pojechała do mojego rodzinnego miasta to w ogóle bym się w niej nie pojawiła. Cóż, tutaj, we Wrocławiu, mam dość daleko do tego sklepu. Jednak gdy już tam zaszłam to skusiłam się na peeling do ciała o zapachu owoców egzotycznych marki Paloma ( za ok. 10 zł ) oraz płyn micelarny z Delii ( ok. 5,50 zł ).


    Nie byłabym sobą, gdybym nie zakupiła najnowszych żeli pod prysznic marki Isana ( 2,99 zł / sztuka ). Cóż, ten drugi ( umieszczony po środku zdjęcia ) bardziej przypadł mi do gustu. Jak dla mnie pachnie jak... wiśniowe delicje! ;) Dodatkowo, skusiłam się na kolejny płyn do kąpieli tej samej marki ( 4,29 zł ).



    A oto moje kolejne zamówienie na stronie E-bay - zestaw 4 pędzelków do malowania oczu. Służą one albo do podkreślania załamania powieki, albo do rozcierania granic między cieniami. Mają mięciutkie włosie, nie podrażniają skóry. A do tego były przeraźliwie tanie. Zestaw kosztował mnie ok. 5 - 6 zł.


    Na sam koniec miesiąca zakupiłam malinowy peeling do ciała z Joanny ( ok. 8 zł ) oraz ziołowy szampon przeciw wypadaniu włosów Bioxsine ( ok. 37 zł ). Co do tego drugiego produktu mam duże nadzieje... No cóż, zobaczymy jak spisze się na dłuższą metę.


    I oto koniec styczniowych zakupów. Nie licząc wizyty w DM-ie - nie wydałam aż tak dużo pieniędzy na kosmetyki ;) Jednak zamiast mi ich ubywać - ponownie wzrosła ich ilość.


Miałyście któryś z powyższych kosmetyków? Co o nim / o nich sądzicie?


Buziaki, Wasza A.

piątek, 30 stycznia 2015

Pierwsze spotkanie z kosmetykiem marka Ava Laboratorium.

    Zapewne wiele Was zdziwi się, część może nawet będzie mnie "hejtować", ale przyznam się - nie zwracam zbyt dużej uwagi na składy kosmetyków. Tym bardziej tych do mycia ciała czy też włosów. Wiadomo, w przypadku kremów do twarzy unikam parafiny ( moja skóra źle na nią reaguje ) i staram się wybierać produkty, które mają w sobie ekstrakty czy różnego typu dobroczynne oleje. Jednak inne dodatkowe składniki są często dla mnie nieznane i nie zwracam na nie uwagi. Zapewne ktoś stwierdzi - jaka tam ze mnie kosmetyczna blogerka?! ;)

    Jednak w zeszłym miesiącu postanowiłam zakupić parę produktów firmy, która szczyci się tym, iż tworzy kosmetyki naturalne i organiczne. Mowa tutaj o Laboratorium Ava. Zapewne część z Was kojarzy ową firmę, a część nie. Jeżeli jesteście ciekawe - jakie produkty posiadają w swojej ofercie - zapraszam na ich oficjalną stronę. Nie, nie jest to żadnego typu reklama ;) Kosmetyki owej marki zakupiłam na Merlin.pl - nie dostałam ich w ramach współpracy.


    Jednym z zakupionych przeze mnie kosmetyków był żel myjący do twarzy z olejkiem pomarańczowym. Znajdował się on w przezroczystej, plastikowej buteleczce o pojemności 200 ml. Na samej jego górze znajdowała się z zakrętka, po której otwarciu ukazywał się otwór o dość małych rozmiarach. Dzięki temu można było zaaplikować małą ( i wystarczającą ) ilość kosmetyku na dłoń. Skład oraz krótki opis produktu znajdowały się na tylnej stronie opakowania. Czyli standardowo.




    Konsystencja żelu przypominała mi nie do końca zastygniętą galaretką o lekko mlecznym zabarwieniu. Cóż, jeżeli ktoś nie przepada za zbyt mocnym zapachem kosmetyków - ten powyżej nie będzie dla niego odpowiedni. Produkt posiada intensywny, pomarańczowy zapach. I nie jest to typowo owocowy aromat. Co to, to nie. Mi kojarzy się on ze świeżo startą skórką pomarańczową. Niestety, nie przypadł mi on do gustu...

    Kosmetyk z łatwością rozprowadza się na skórze, aczkolwiek prawie w ogóle nie pieni się - nawet po kontakcie z dość dużą ilością wody. Na szczęście, jego spłukanie z twarzy nie jest problematyczne.



     Samo działanie żelu również nie spełniło moich podstawowych oczekiwań. Po pierwsze ( i najważniejsze! ), nie za dobrze radził sobie z oczyszczaniem twarzy i usuwaniem z niej resztek makijażu. Nie raz zdarzyło mi się, że przy przemywanie twarzy wacikiem nasączonym tonikiem - widziałam na nim resztki podkładu czy też tuszu. Po drugie, jego zapach był na tyle duszący, iż utrudniał nieco codzienne mycie twarzy. O zgrozo, aromat ten pozostawał na skórze nawet po zaaplikowaniu toniku.

     Z drugiej strony, produkt nie powodował u mnie wysuszenia czy też uczucia ściągnięcia skóry. Nie zapchał moich porów skórnych, nie podrażnił mnie, nie spowodował powstanie suchych skórek. Po jego zastosowaniu moja twarz była miękka i delikatna w dotyku. 


    Jego wydajność określiłabym jako przeciętną. Produkt zużyłam po mniej więcej miesiącu codziennego stosowania. Jego cena waha się od 10 do nawet 20 zł. Wszystko zależy od sklepu, w jakim go znajdziecie, i od promocji. Sama zakupiłam go za ok. 11,50 zł.

     Myślę, że produkt ten nie byłby taki zły - gdyby tylko dobrze oczyszczał skórę. Jak dla mnie to robił to zbyt delikatnie, a do tego niedokładnie. Myślę, że za taką cenę można znaleźć ciekawszy żel do mycia twarzy.



A jakie jest Wasze zdanie o kosmetykach marki Ava Laboratorium?


Miłej nocki, Wasza A.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Aktywne serum nawilżające marki Bielenda. Czy stanie się moim ulubieńcem?

    Jestem osobą, która bardzo rzadko stosuje jakiekolwiek sera do twarzy. Jeżeli już jakieś posiadam to używam je solo, czyli nie nakładam po nich kremu. Mam takie wrażenie, że czasami ten drugi kosmetyk zmniejsza działanie drugiego. 

    Jakiś czas temu przyniosłam z pracy cały zestaw kosmetyków marki Bielenda. Wśród nich znalazło się aktywne serum nawilżające. Czy w rzeczywistości spełniło ono moje wymagania?


    Kosmetyk znajduje się w szklanej, zgrabnej buteleczce o pojemności 30 ml. Opakowanie wygląda estetycznie i elegancko. Przynajmniej takie jest moje zdanie ;) Serum wydobywa się z butelki za pomocą szklanej, wąskiej pipety. Jednokrotnie można nabrać wystarczającą ilość produktu, by rozsmarować go na całą twarz oraz szyję. Dodatkowo, kosmetyk zapakowany jest kartonik, na którym znajdują się wszelakie informacje na jego temat. 



    Serum posiada niby wodnistą konsystencję, choć mi kojarzy się ona z bardzo rozrzedzonym kisielem. Dodatkowo, posiada ono bardzo ładny zapach. Mi kojarzy się on z kobiecymi, kwiatowymi perfumami. Nie martwcie się - zapach krótko utrzymuje się na skórze :)

    Produkt szybko wchłania się w skórę i nie pozostawia na niej lepkiej, nieprzyjemnej warstwy. Za to delikatnie matuje, aczkolwiek nie jest to sztuczny mat. Już po minucie, maksymalnie dwóch, od jego aplikacji możemy nakładać na twarz kosmetyki kolorowe.


    Działanie serum bardzo przypadło mi do gustu. Kosmetyk dobrze nawilża i odżywia skórę, przy czym pozostawia ją delikatną i miękką w dotyku. Dzięki niemu pozbyłam się suchych skórek, które znajdowały się w okolicach nosach. Nie zauważyłam, aby produkt powodował wysyp krost czy też powstanie uczuleń skórnych.

    Podobno kosmetyk ten posiada działanie ujędrniające i przeciwzmarszczkowe. Niby moja skóra stała się bardziej napięta, aczkolwiek nie zauważyłam by w jakikolwiek sposób zmniejszyły się moje zmarszczki mimiczne. W takie cuda nie uwierzę ;) 


   Jedyne co mogę zarzucić temu produktowi to jego kiepska wydajność. Stosowałam go prawie codziennie, rano i wieczorem, przez półtora miesiąca. Na dzień dzisiejszy pozostała mi jego resztka na dnie. Cóż, miałam nadzieję, że będę mogła cieszyć się nim przez nieco dłuższy okres czasu...

    Mimo to - bardzo go polubiłam. Zastanawiam się nad zakupem innej wersji tego serum - bodajże przeznaczonego do cery tłustej.


Stosujecie sera do twarzy? Które jest Waszym ulubionym?


Buziaki, A.

piątek, 23 stycznia 2015

Wycieczka do Görlitz. Mały mix zdjęć i zakupy w DM-ie.

   Na początku stycznia zaczął się mój zaległy urlop - którego nie wykorzystałam w zeszłym roku. Dzięki dziewięciu dni bez pracy mogłam nareszcie odpocząć i zregenerować siły na kolejne tygodnie. Skoro miałam wolne to postanowiłam wybrać się w miejsce, które miałam ochotę zobaczyć już dawno temu. A mowa tutaj o...


... Görlitz, miasta położonego tuż za niemiecką granicą. Rzekłabym, iż jest ono przedłużeniem polskiego miasta, Zgorzelca, które zlokalizowane jest na Dolnym Śląsku. Do tamtej pory nie byłam w ani jednym, w ani drugim miejscu, więc nie mogłam doczekać się tej wycieczki.

    Na nasze małe nieszczęście - pogoda w Görlitz była typowo zimowa. Śnieg, mróz, niska temperatura, Warunki te nie były sprzyjające do jakichkolwiek spacerów czy zwiedzania. Z tego też względu w mieście spędziliśmy maksymalnie 6 godzin. Dużo nie zobaczyłam, aczkolwiek nie przejęłam się tym za bardzo. Do Görlitz mam około 2 godziny jazdy autem, więc zapewne jeszcze nie raz tam zawitam ;)





    Naszym głównym celem okazał się być Rynek, gdzie spędziliśmy większość czasu. Zdziwiło mnie to, że większość barów czy też restauracji albo była zamknięta, albo świeciły w nich pustki. Czyżby nikt nie chodził do takich miejsc o godzinie 15 - 16? ;)

     Nie byłabym również sobą, gdybym nie zawitała do chyba jednego z najbardziej znanych sklepów, a dokładnie drogerii, czyli do DM-u. W Görlitz znajdują się dwa miejsca tego typu i do obydwu z nich zawitałam ;)


    Na początku - obawiałam się nieco wizyty w tym sklepie. A dokładnie tego, iż... zbankrutuję ;) Na moje szczęście, kupiłam wyłącznie to, co chciałam. No, nie liczę paru produktów do kąpieli ;) Mimo wszystko, mam wrażenie, że wyszło tego dość dużo. Jak na kosmetykoholiczkę przystało ;)





    Część powyższych kosmetyków obecnie używam - z jednych jestem zadowolona, z innych już niekoniecznie. O niektórych na pewno pojawi się osobna notka, ale to dopiero za jakiś czas ;) Jedyne czego żałuję to fakt, iż w polskich drogeriach nie ma kosmetyków p2. A ich rozświetlacz jest po prostu cudowny!

    Była to moja pierwsza i na pewno nie ostatnia wizyta w Niemczech. Chciałabym w najbliższym czasie pojechać do Berlina, jeśli uda mi się załatwić nieco dłuższe wolne w pracy. Ale! Na razie nic nie planuję - zobaczymy jak to będzie :)



Byłyście kiedyś w Görlitz?


Buziaki, Wasza A.