Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolorówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolorówka. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 marca 2015

Testujemy tusz "Scandaleyes" marki Rimmel.

   Jestem dość wybredna jeżeli chodzi o tusze do rzęs. Rzadko kiedy kupuję te ze standardową szczoteczką. Mam wrażenie, iż te silikonowe lepiej rozdzielają moje rzęsy. Tak samo częściej rozglądam się za kosmetykami wydłużającymi niż za tymi pogrubiającymi. Jakoś zniewalają mnie rzęsy aż do nieba ;)

   Tusz z serii "Scandaleyes" marki Rimmel jest przeciwieństwem produktu, na jaki zazwyczaj zwracam uwagę. Posiada szczotkę standardową, o pokaźnych rozmiarach, którą można łatwo wycelować w oko. Dodatkowo, według zapewnień producenta, jest to kosmetyk bardziej pogrubiający rzęsy niż wydłużający je ekstremalnie. Część dziewczyn chwali sobie ten tusz. Jednak co ja o nim sądzę?

   Kosmetyk marki Rimmel znajduje się w dość pokaźnym, jaskrawozielonym opakowaniu. Trudno przegapić go w szafie produktów kolorowych owej firmy. W jego wnętrzu znajduje się 12 ml produktu. Według producenta - tusz powinniśmy zużyć po 6 miesiącach od jego otwarcia. Ja, zapobiegawczo, mam zamiar wyrzucić go po 3 miesiącach. Dla niektórych może wydawać się, iż jest to marnotrastwo. Po co wyrzucać kosmetyk po tak krótkim czasie? Cóż, naczytałam się chyba za dużo o wszelakich uczuleniach występujących po stosowaniu produktu, który otwarty jest dłużej niż te 90 dni. Chociaż nie wspomnę już o tym, że większość tuszy ( niestety! ) po tym okresie albo już jest na wykończeniu, albo za bardzo gęstnieje, albo wysycha.


   Jak już wspomniałam wcześniej - tusz posiada grubą, dość długą szczoteczkę. Niestety, standardową. Włoski są na niej ułożone gęsto i jest ich dość sporo. Mimo to, nie jeden raz zauważyłam, iż produkt skleja moje rzęsy. Jednak nie jest to wina samej szczoteczki, a gęstości kosmetyku. W przypadku "Scandaleyes" jest ona zbyt rzadka. Nawet po jego otwarciu i odczekaniu ok. 2 tygodni - nie zmienia się za bardzo. Z tego też względu używanie tuszu jest dość czasochłonne jak i pracochłonne. Trzeba nieco "namachać się" by nie posklejać sobie rzęs.

     Efekt, po zastosowaniu tego kosmetyku, jest naturalny. Niektórzy stwierdzą, iż po prostu zwyczajny. Rzęsy są nieco wydłużone, lekko pogrubione i uniesione. Jednak nie jest to efekt "WOW", jaki większość z nas chciałaby zobaczyć. Sama staram się nakładać tylko jedną warstwę produktu. Przy drugiej - mam wrażenie, iż moje rzęsy są za bardzo sklejone, co nie wygląda zbyt estetycznie.


   Tusz nie osypuje się w ciągu dnia, dzięki czemu nie tworzy tzw. "efektu pandy". Nie jest to produkt wodoodporny ( testowane ;) ), więc nie radziłabym nakładać go przed wizytą na basenie itp. Dodatkowo, łatwo zmywa się go z rzęs w czasie demakijażu. Jakiś plus :)

   Tusz "Scandaleyes" nie zaliczę do grona moich ulubieńców. Posiada niewygodną dla mnie szczoteczkę, skleja rzęsy, daje zbyt naturalny wygląd. Wątpię bym w przyszłości do niego powróciła.


Lubicie tusze marki Rimmel? Co o nich sądzicie?


Buziaki, Wasza A.

czwartek, 5 marca 2015

Zimowy ulubieńcy kosmetyczny.

    W ostatnim czasie poznałam wiele nowych kosmetyków, jednakże mało który z nich zrobił na mnie na tyle pozytywne wrażenie, bym umieściła go w ulubieńcach kosmetycznych. Do większości testowanych przeze mnie produktów miałam jakieś "ale". Jednak, jakimś cudem, udało mi się zebrać dość skromną gromadkę, która zapewne nie raz zagości w moich kosmetycznych zbiorach.


    Jakiś czas temu, bodajże w grudniu, otrzymałam w pracy dość sporą paczkę kosmetyków marki Bielenda. Wśród nich znalazło się, m. in. serum i tonik z serii nawilżającej, którzy zostali moimi ulubieńcami. Pierwszy z kosmetyków - bardzo dobrze nawilżał skórę, łagodził podrażnienia, a dodatkowo delikatnie ją matował. Po jego zastosowaniu moja twarz była miękka w dotyku, a do tego dobrze odżywiona. Szkoda tylko, że serum to było tak słabo wydajne...

    Moja skóra polubiła również tonik z tej samej serii. Kosmetyk ten odświeżał i zmniejszał uczucie ściągnięcia skóry, jakie mam po zastosowaniu większości żeli do mycia twarzy. Może nie zauważyłam, aby produkt ten jakoś niesamowicie nawilżał skórę, ale na pewno jej nie podrażniał, nie uczulał i był wydajny.


    Wśród moich ulubieńców nie mogło zabraknąć duetu marki Farmona z serii Tutti Frutti. A mowa tutaj o wariancie "Jeżyna i malina". Oba te produkty mają zabójczy zapach. A pachną jak... malinowa mamba! Cudo! Zapach ten długo utrzymuje się na ciele, dzięki czemu przez parę godzin pachniemy słodko i przyjemnie ;)

    Dodatkowo, masło do ciała dobrze nawilża i wygładza skórę, która po jego zastosowaniu jest miękka i przyjemna w dotyku. Za to olejek wytwarza niesamowicie dużą ilość piany i rozprzestrzenia swój cudowny aromat po całej łazience. Nie ma to jak aromatyczna kąpiel z tym produktem :)


    Przypadła mi do gustu również pianka do golenia o zapachu jabłkowym marka Isana. Jak może kojarzycie - w ostatnich ulubieńcach wymieniłam również ten sam produkt, ale w wersji "Sensitive". Ten kosmetyk spisuje się tak samo dobrze jak jego poprzednik. Daje dobry poślizg maszynkom do golenia, łagodzi wszelakie podrażnienia. A do tego ma cudowny, jabłuszkowy zapach.

    Któż nie zna żelu pod prysznic z Isany, który na swoim opakowaniu ma postać uroczego pingwinka? ;) Ja zakochałam się w jego zapachu. Jest typowo zimowy, otulający. Lekko ciężki, ale nie duszący. Może nie jest to typowa wanilia, jak obiecuje nam producent, ale i tak przypadł mi on do gustu ;) Oczywiście, kosmetyk nie wysusza i nie podrażnia skóry.



    Czas na ostatniego ulubieńca, tym razem z kolorówki. W styczniu zawitałam do jednego z niemieckich miast - Goerlitz, gdzie wstąpiłam do znanej wszystkim drogerii DM. I tam oto, m. in. zakupiłam rozświetlacz w kulkach od P2. Niby jest to mały, niepozorny kosmetyk, a niesamowicie rozświetla skórę! Nie jest to "chamski", brokatowy błysk. Określiłabym go jako subtelny, perłowy połysk, który bardzo ładnie podkreśla szczyty kości policzkowych czy obszar nad łukiem brwiowym. Za jakiś czas na pewno napiszę o nim nieco więcej, obiecuję :)


A jak prezentują się Wasi ulubieńcy?


Buziaki, Wasza A.

czwartek, 26 lutego 2015

Perfekcyjne dopasowanie z kosmetykiem marki Astor... Czy aby na pewno?

    Jestem dość wymagająca względem pudrów, które nakładam na swoją twarz. Powinny one nie tylko utrwalać mój makijaż ( czyli podkład i korektor ), ale również dobrze matować skórę i nie podkreślać na niej jakichkolwiek niedoskonałości. Patrząc wstecz - większość kosmetyków tego typu spisywała się u mnie dobrze, a niekiedy nawet wspaniale. Najmilej wspominam puder "Stay Matte" marki Rimmel, który przez pewien okres czasu był dla mnie ideałem.


    Na listopadowej, rossmannowskiej promocji "1+1" skusiłam się na puder do twarzy z serii "Skin Match" marki Astor. Nie licząc różu do policzków, jaki zakupiłam w tym samym czasie, nie miałam do czynienia z produktami owej firmy. Jeszcze jako studentka nie byłam przekonana do wydania prawie 40 zł na kosmetyk kolorowy, który prawdopodobnie skończy mi się po dość krótkim okresie czasu. Wiadomo - znalazłam pracę, zaczęłam zarabiać, więc i więcej wydaję na kosmetyki ( chociaż - bez przesady ;) ).

    Puder marki Astor okazał się być dość miłą odmianą po kosmetyku tego typu od It's Skin, który wyglądał dobrze na skórze tylko w duecie z podkładem "Affinitone" od Maybelline. Może nie określiłabym go mianem "ideał", ale przypadł mi on do gustu :)


    Produkt znajduje się w plastikowym opakowaniu o wadze 7 g. Cóż, może i wygląda ono dość tandetnie, ale ( o dziwo! ) jest solidnie wykonane. Przekonałam się o tym nie raz, gdy puder nie chcący upadł mi ze stolika i "przeżył" ;) Dodatkowo, pod jego pierwszą warstwą, znajduje się lusterko oraz gąbeczka, którą można nakładać go na twarz. Ja, standardowo, do tego celu używałam pędzla.

     Podczas zakupów w Rossmannie wybrałam kosmetyk o numerze 100 - "Ivory". Z tego co wiem - jest to najjaśniejszy z dostępnych odcieni. Oprócz tego wariantu, podobno są jeszcze dwa. Szkoda, iż produkt ten dostępny jest w tak małej gamie kolorystycznej.


    Mimo tego, iż kosmetyk ma dość jasny odcień - bardzo dobrze dopasowuje się do koloru skóry. Nie podkreśla suchych skórek, które w okresie zimowym dość często pojawiają się u mnie w okolicach nosa. Nie zauważyłam również, aby zapychał pory skórne czy też wywołał u mnie podrażnienie, alergię.

    Puder marki Astor testowałam z dwoma podkładami oraz jednym kremem BB, We wszystkich przypadkach spisywał się tak samo. Nie tworzył efektu maski, nie podkreślał porów, które ( niestety ) mam dość widoczne. Jego dużą zaletą jest fakt, iż utrwalał makijaż i to na wiele godzin. Zastosowany rano, przed pracą - potrafił utrzymać się na skórze nawet przy 8 - godzinnej zmianie.


    Kosmetyk ten ma chyba jedną wadę, która powoduje, iż raczej już nigdy nie skuszę się na niego. A mianowicie - nie matuje skóry. No dobra - matuje ją, ale na bardzo krótki okres czasu. Po mniej więcej godzinie, maksymalnie dwóch jestem zmuszona użyć bibułek matujących. A wiadomo - w pracy nie mam kiedy co chwilę biegać do łazienki i poprawiać makijażu.

    Mimo powyższej wady - nie jest to zły produkt. Wydaje mi się, iż osoby z cerą normalną lub nawet suchą - będą z niego zadowolone. A te z mieszaną ( jak ja ) lub tłustą - prawdopodobnie nie. 




Używałyście pudrów marki Astor? Co o nich sądzicie?


Buziaki, Wasza A.

piątek, 13 lutego 2015

Ingrid Cosmetics i ich tania, a dobra baza pod cienie.

    Dobra baza to podstawa makijażu oczu. Przynajmniej tak jest w moim przypadku. Bez niej większość cieni albo zbiera mi się w załamaniach, albo ściera się w zastraszającym tempie. Cóż, moje powieki nie lubią jak "obcy", tj. cienie, znajdują się na ich powierzchni ;)

   Jakiś czas temu w Tesco zakupiłam bazę pod cienie marki Ingrid Cosmetics. Była tania, bo nie przekraczała bodajże 12 - 13 zł. Jednakże jej jakość zaskoczyła mnie. I to pozytywnie.

   Kosmetyk znajduje się w małym i zgrabnym opakowaniu o wadze 6,5 g. Dodatkowo, zapakowany jest w kartonowe pudełeczko. Na jego przodzie znajduje się rysunek dwóch róż , a na tylnej stronie - skład produktu. Sama nie przepadam za tego typu opakowaniami baz do cieni. Mam dość długie paznokcie, więc dość trudno wydobywa mi się ją z wnętrza słoiczka. 


    Baza ma kremową i przyjemną w dotyku konsystencję. Łatwo rozprowadza się ją na skórze i w ogóle jej na niej nie widać. Zapewne jest to spowodowane tym, iż kosmetyk posiada beżową barwę, zbliżoną do naturalnego koloru mojej skóry. 

     Kosmetyk nie klei się i nie zbiera się w załamaniach. Już po kilkunastu ( jak ktoś woli to kilkudziesięciu ) sekundach od jej nałożenia - możemy aplikować cienie na swoją powiekę. 


   Baza ta spisuje się u mnie tak samo dobrze jak produkt tego typu marki Hean czy też ten z Kobo. Utrwala cienie na moich powiekach, dzięki czemu trzymają się ona na skórze 10 - 12 godzin. I to nawet podczas 10 godzinnej zmiany w pracy czy też na imprezie. Dodatkowo, dzięki jej zastosowaniu, cienie nie zbierają się w załamaniach powieki, a brokat ( jeżeli występuje w jakiś kosmetykach ) nie osypuje się na policzki.

   Zauważyłam również, iż baza podbija nieco kolor cieni. Może nie jest to efekt "Wow!", ale jak dla mnie jest on zadowalający. W moim przypadku - produkt tego typu powinien przede wszystkim zwiększać trwałość cieni, ot co. A ten to robi :)


    Jest to kosmetyk tani i jednocześnie dobry jakościowo. Na jego wydajność również nie mogę narzekać. Stosuję go codziennie od około dwóch miesięcy i ledwo co widać w nim jakikolwiek ubytek. Cóż, mam wrażenie, że produkt ten posłuży mi jeszcze wiele długich miesięcy ;)

    Hm, jedyną wadą tej bazy może być jej trudna dostępność. Nie licząc Tesco i sklepów internetowych - nie widziałam jej nigdzie indziej. Może łatwiej ją dostać w mniej "popularnych" drogeriach?


A jaka jest Wasza ulubiona baza pod cienie?


Buziaki, Wasza A.

piątek, 23 stycznia 2015

Wycieczka do Görlitz. Mały mix zdjęć i zakupy w DM-ie.

   Na początku stycznia zaczął się mój zaległy urlop - którego nie wykorzystałam w zeszłym roku. Dzięki dziewięciu dni bez pracy mogłam nareszcie odpocząć i zregenerować siły na kolejne tygodnie. Skoro miałam wolne to postanowiłam wybrać się w miejsce, które miałam ochotę zobaczyć już dawno temu. A mowa tutaj o...


... Görlitz, miasta położonego tuż za niemiecką granicą. Rzekłabym, iż jest ono przedłużeniem polskiego miasta, Zgorzelca, które zlokalizowane jest na Dolnym Śląsku. Do tamtej pory nie byłam w ani jednym, w ani drugim miejscu, więc nie mogłam doczekać się tej wycieczki.

    Na nasze małe nieszczęście - pogoda w Görlitz była typowo zimowa. Śnieg, mróz, niska temperatura, Warunki te nie były sprzyjające do jakichkolwiek spacerów czy zwiedzania. Z tego też względu w mieście spędziliśmy maksymalnie 6 godzin. Dużo nie zobaczyłam, aczkolwiek nie przejęłam się tym za bardzo. Do Görlitz mam około 2 godziny jazdy autem, więc zapewne jeszcze nie raz tam zawitam ;)





    Naszym głównym celem okazał się być Rynek, gdzie spędziliśmy większość czasu. Zdziwiło mnie to, że większość barów czy też restauracji albo była zamknięta, albo świeciły w nich pustki. Czyżby nikt nie chodził do takich miejsc o godzinie 15 - 16? ;)

     Nie byłabym również sobą, gdybym nie zawitała do chyba jednego z najbardziej znanych sklepów, a dokładnie drogerii, czyli do DM-u. W Görlitz znajdują się dwa miejsca tego typu i do obydwu z nich zawitałam ;)


    Na początku - obawiałam się nieco wizyty w tym sklepie. A dokładnie tego, iż... zbankrutuję ;) Na moje szczęście, kupiłam wyłącznie to, co chciałam. No, nie liczę paru produktów do kąpieli ;) Mimo wszystko, mam wrażenie, że wyszło tego dość dużo. Jak na kosmetykoholiczkę przystało ;)





    Część powyższych kosmetyków obecnie używam - z jednych jestem zadowolona, z innych już niekoniecznie. O niektórych na pewno pojawi się osobna notka, ale to dopiero za jakiś czas ;) Jedyne czego żałuję to fakt, iż w polskich drogeriach nie ma kosmetyków p2. A ich rozświetlacz jest po prostu cudowny!

    Była to moja pierwsza i na pewno nie ostatnia wizyta w Niemczech. Chciałabym w najbliższym czasie pojechać do Berlina, jeśli uda mi się załatwić nieco dłuższe wolne w pracy. Ale! Na razie nic nie planuję - zobaczymy jak to będzie :)



Byłyście kiedyś w Görlitz?


Buziaki, Wasza A.

środa, 21 stycznia 2015

Babyface Pore Powder - uroczo wyglądający puder od It's Skin.

    Uwielbiam zamawiać kosmetyki na stronie E-bay. Tym bardziej te, które nie są stacjonarnie dostępne w Polsce. I tak oto, pewnego jesiennego dnia, dotarł do mnie puder sypki marki It'Skin - "Baby Face Pore Powder".


    Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to jego cudowne, słodko wyglądające opakowanie. Widnieje na nim uśmiechnięta buźka z loczkiem i przyczepione są do niego małe, anielskie skrzydła. Same napiszcie - czy nie wygląda ono uroczo? ;) W opakowaniu zamknięte jest tylko 5 g produktu. Myślę, że jak za cenę 25 zł jest to trochę za mało...


    Puder ma postać sypką. Jest bardzo dobrze zmielony i ma kolor biały. Nie bójcie się - bardzo dobrze wtapia się w skórę, więc w ogóle go na niej nie widać. W opakowaniu znajduje się również sitko oraz mała, puchata gąbeczka, która ma nam służyć do aplikacji kosmetyku. Przyznam, że używałam jej na samym początku i dobrze się u mnie spisywała ;) Jednakże po małym praniu zrobiła się dość sztywna i nieprzyjemna w dotyku, więc wylądowała w koszu na śmieci. Niestety.


    Na początku nie byłam przekonana do tego kosmetyku. Nie matował skóry, nie zmniejszał widoczności porów ( jak obiecuje producent ), potrafił podkreślać suche skórki. I działo się to nawet wtedy, gdy zastosowałam go w duecie z koreańskim kremem BB! Szczerze napisawszy - miałam ochotę rzucić puder w kąt i w ogóle się nim nie przejmować.


    Jednak postanowiłam dać mu jeszcze jedną szansę i zastosowałam go na nowo zakupiony podkład "Affinitone" marki Maybelline. I, uwierzcie, byłam w szoku tym, co zobaczyłam. Po pierwsze, moja skóra była wręcz perfekcyjnie matowa. Zapewne części z Was efekt ten nie przypadłby do gustu. Na mojej twarzy nie było ani kawałeczka błyszczącej skóry ;) Po drugie, makijaż był utrwalony na wiele godzin. Ba! Utrzymywał się na mojej twarzy przez cały dzień. Po trzecie, żadna sucha skórka nie była podkreślona. Co nieco mnie zdziwiło, bo w przypadku innych podkładów - były one niekiedy widoczne. 

   Nie zauważyłam, aby kosmetyk spowodował wysyp krostek na mojej twarzy czy też by spowodował powstanie jakiejś alergii. Jego wydajność określiłabym jako przeciętną. Stosowałam go kilka razy w tygodniu przez około półtora miesiąca i wylądował w denkowej torbie.



Stosowałyście kosmetyki marki It's Skin? Jeśli tak to co o nich sądzicie?


Miłej nocki!

niedziela, 11 stycznia 2015

Mój podkładowy ulubieniec - "Affinitone" od Maybelline.

    Zapewne nie jestem jedyną osobą, która skusiła się na jedną z rossmannowskich promocji "1 + 1", czyli kup jeden kosmetyk kolory - a drugi w tej samej cenie lub tańszy dostaniesz gratis. Aby kupić to, co chciałam, musiałam zawitać do kilku drogerii. Tym trudno dostępnym produktem okazał się być podkład "Affinitone" marki Maybelline w odcieniu nr 14 Creamy Beige. I to właśnie o nim będzie dzisiejsza notka :)


    Podkład znajduje się w standardowej, plastikowej tubce o pojemności 30 ml. Na jej przodzie znajduje się przezroczysty prostokącik o dość sporych rozmiarach, który pozwala nam zobaczyć jak prezentuje się dany odcień. Za to na tylnej stronie opakowania, standardowo, znajdziemy krótki opis kosmetyku oraz jego skład.

    Niestety, produkt nie posiada pompki - co jest dość sporym utrudnieniem. A to wszystko przez jego bardzo rzadką konsystencję, która lubi spływać z dłoni podczas aplikacji. Sama staram się od razu nakładać podkład na twarz w postaci kropek / ciapek ( jak zwał, tak zwał ;) ) i rozsmarowywać go dłońmi. Taka forma aplikacji sprawdza się u mnie najlepiej - przynajmniej w przypadku kosmetyku Maybelline.


    Tak jak wspomniałam na początku postu - zdecydowałam się na zakup odcienia nr 14 "Creamy Beige". Jest to typowy beż i, moim zdaniem, raczej ciepły. Nie ma tonów różowych, na moje szczęście ;)

    Według producenta podkład "Affinitone" przeznaczony jest dla każdego rodzaju cery. Niby powinien długotrwale nawilżać naszą skórę, nie tworzyć efektu maski. A jak sprawdził się w rzeczywistości?


Może zacznijmy od jego wad, bo... są tylko dwie ;)

1. Podkład nie nawilża skóry. Raz zdarzyło mi się nałożyć go na nie nakremowaną skórę. Skutkowało to tym, iż czułam dość nieprzyjemne uczucie ściągnięcia.

2. Jak już wcześniej wspomniałam - ma zbyt rzadką konsystencję, która utrudnia jego aplikację na twarz.


Na szczęście, produkt ten posiada o wiele więcej zalet. I oto i one!

1. Kosmetyk bardzo dobrze matuje skórę i to na długi okres czasu. 

2. Bardzo dobrze dopasowuje się do koloru skóry, przez co nie tworzy na niej efektu maski. Chociaż muszę stwierdzić, iż odcień nr 14 jest bardzo zbliżony do mojego naturalnego odcienia :)

3. Produkt nie podkreśla suchych skórek. Chociaż i tak radziłabym użyć pod niego nawilżającego kremu. 

4. Podkład długo utrzymuje się na skórze. Tym bardziej jak nałożę na niego sypki puder marki It's Skin. Jak dla mnie - kosmetyki te tworzą duet idealny! :)


5. Nie zapycha porów. A jest to dla mnie duży plus. Tym bardziej, że moja skóra na twarzy ma na mnie ostatnio "focha" i "odwdzięcza" mi się wysypem podskórnych, irytujących krostek -_-'

6. Poziom krycia ma raczej średni, ale dla mnie - zadowalający. Jedyne czego u mnie nie zakrywa to cieni pod oczami. Jednak do tego służy mi korektor w płynie ;)

7. Jest bardzo wydajny. Jego rzadka konsystencja, w tym przypadku, jest zaletą. Już niewielka jego ilość wystarcza na pokrycie całej twarzy z uzyskaniem dość dobrego krycia.

8. Dostępny jest aż w 8 wariantach kolorystycznych, dzięki czemu mamy większe pole co do wyboru odpowiedniego odcienia kosmetyku dla siebie.

9. Ma przystępną cenę. I bardzo często można dostać go w promocji - zazwyczaj za ok. 16 zł :)

****

   Podkład spisał się u mnie bardzo dobrze i jestem z niego niesamowicie zadowolona. Jednak podkreślam - jestem posiadaczką cery mieszanej ( w stronę suchej ). Prawdopodobnie w przypadku osób z cerą suchą, wrażliwą - mógłby nieco wysuszać skórę. Wiadomo - u każdej z nas dany kosmetyk sprawdza się inaczej :)


A jakie jest Wasze zdanie o tym produkcie?


Buziaki, Wasza A.

środa, 7 stycznia 2015

Ulubieńcy wczesnozimowi 2014.

   Już od jakiegoś czasu trudno jest mi zebrać się w sobie i pisać notkę o ulubieńcach kosmetycznych raz na miesiąc. Tym bardziej, że bywa i tak, iż polubię tylko dwa czy trzy produkty. A wtedy chyba nie ma sensu ich przedstawiać ;) Z tego też względu postanowiłam publikować tego typu post raz na dwa miesiące. W takim okresie na pewno uda mi się zebrać dość sporą ilość kosmetyków, które moim zdaniem są warte zakupu :) 


   Jestem wielką fanką gorących i aromatycznych kąpieli - tym bardziej w okresie zimowym. Z tego też względu co chwilę zakupuję wszelkiego rodzaju płyny do kąpieli. I to właśnie jeden z nich stał się moim ulubieńcem. A mowa tutaj o płynie do kąpieli "Migdał i kokos" marki Apart. Produkt ten wytwarza niesamowicie dużą ilość kremowej i przyjemnej w dotyku piany. A jego zapach jest wręcz oszałamiający! Jak dla mnie - kojarzy się on nieco z migdałowymi ciasteczkami. Mniam! ;) Jest słodki, otulający, wręcz idealny na zimę. Cena kosmetyku również jest przystępna - ja znalazłam go w Rossmannie za 6, 29 zł w promocji.

   Kolejnym ulubieńcem jest pianka do golenia w wersji "Sensitive" marki Isana. Jest to pierwszy produkt tego typu owej marki, jaki zakupiłam. Kosmetyk ten posiada bardzo ładny zapach, który umila konieczność dość częstego golenia się ;) Samo jego działanie również jest zadowalające. Produkt daje dobry poślizg golarce, dzięki czemu nie musimy martwić się o jakiekolwiek podrażnienia czy powstanie ranek. Pianka nie wysusza skóry, nie wywołuje alergii, a do tego ma przystępną cenę. W kolejce czeka na mnie jej wersja jabłkowa ;)

   Chyba nikogo nie zdziwi, że pokochałam również jeden z peelingów z serii Tutti Frutti marki Farmona. W moim przypadku jest to wariant "Brzoskwinia & Mango". Bodajże rok ( a może dwa lata temu? ) miałam mus do ciała z tej samej serii i również przypadł mi on do gustu. Co do samego peelingu - jest to kosmetyk cukrowy, o mocnej sile masowania ciała. Po jego zastosowaniu moja skóra jest przyjemnie miękka w dotyku, a do tego cudownie pachnąca. Jego zapach długo się utrzymuje i, o dziwo, przesięka nim również moja pidżama ;)


   Tak, tak - polubiłam również masło do ciała "Papaya" z The Body Shop. Dokładną notkę na jego temat znajdziecie w tym poście. A w skrócie - kosmetyk bardzo dobrze nawilża i odżywia ciało. Nie pozostawia na niej tłustej i nieprzyjemnej warstwy, nie podrażnia, nie wywołuje alergii. Jest wydajne, aczkolwiek jego standardowa cena jest dość porażająca. Myślę, że nie wydałabym 69 zł za mazidło do ciała ;)

   Jakoś do pewnego czasu nie byłam przekonana do masek w formie płatu tkaniny. Myślałam, że będzie ona zsuwała się z mojej skóry, a większość substancji pozostanie na materiale a nie na skórze. No cóż, po zastosowaniu maseczki ogórkowej ( zamówionej na stronie E-bay ) - jestem pozytywnie zaskoczona! Kosmetyk ten nie tylko dobrze nawilżył moją skórę, ale dodatkowo ją zmiękczył. Nie spowodował wysypu krostek na mojej twarzy, nie uczulił mnie. Do tego dostępny jest w przystępnej cenie ( 6 - 8 zł ) za 3 maski w pakiecie. Jestem ciekawa innych wariantów tego produktu :)

   Do moich ulubieńców zaliczam również żel pod oczy ze świetlikiem i herbatą marki Flos-lek. Jego recenzję znajdziecie w tym poście. Kosmetyk ten dobrze nawilża skórę, nie powoduje pieczenia oczu, nie wywołuje alergii. Myślę, że jest to dobry kosmetyk dla dziewczyn, które chcą zacząć swoją przygodę z produktami pod oczy :)


   Czas na ulubieńców z działu kolorówka. A wśród nich nie mogło zabraknąć podkładu "Affinitone" marki Maybelline w odcieniu nr 14 "Creamy Beige". Już od dłuższego czasu zastanawiałam się nad jego kupnem, aż wreszcie wylądował w zakupowym koszyku podczas promocji "1 + 1" w Rossmannie. Kosmetyk ten, o dziwo, dobrze matuje moją skórę, lecz nie podkreśla przy tym suchych skórek. Nie tworzy na twarzy efektu maski, wręcz bardzo dobrze dopasowuje się do naturalnego koloru mojej skóry. Może i ma lejącą konsystencję, która nieco utrudnia jego aplikację, ale i tak go lubię ;)

   Puder marki It's Skin nie należy do ideałów. Ba! Rzekłabym, iż jest nawet przeciętny. Jednakże w połączeniu z poprzednim kosmetykiem - działa cuda! Po pierwsze, niesamowicie matuje skórę. I to na wiele, wiele godzin. Nie raz dziewczyny pytały się mnie jakiego pudru używam, że moja skóra jest tak matowa. Wiadomo - nie każdemu ten efekt może się spodobać ;) Po drugie, bardzo dobrze utrwala podkład. I to nie tylko ten marki Maybelline. Nie podkreśla również suchych skórek, nie zapycha porów. Szkoda tylko, że tak dobrze spisuje się tylko z podkładem "Affinitone"...

   Kolejnym ulubieńcem jest brązowa kredka z Eveline Cosmetics. Mam ją już od kilkunastu miesięcy i chyba powinnam ją wyrzucić ;) Ale! Idealnie sprawdza się do... podkreślania brwi! Ma ładny, brązowy odcień, bez rudych tonów. Dzięki temu nie wygląda sztucznie. Łatwo aplikuje  i zmywa się ją z brwi. Co najdziwniejsze - pierwotnie, według producenta, kredka powinna być stosowana jako produkt do oczu, czyli głównie do wykonywania kresek czy też podkreślania linii wodnej. Cóż, w tej kwestii jej nie polecam ;)

   Ostatnim ulubieńcem jest róż marki Astor. Jest to mój pierwszy kosmetyk owej firmy, jaki zakupiłam. Jest dobrze napigmentowany, przez co trzeba nieco uważać podczas jego aplikacji na skórę. Może robić plamy, ale tylko przy jego nieumiejętnym nakładaniu. Róż bardzo ładnie podkreśla kości policzkowe i długo się na nich utrzymuje ( ok. 6 - 8 godzin ). Nie zapycha porów skórnych, nie uczula. Jego cena może i być dla niektórych dość wysoka ( prawie 38 zł ), ale jest to wydajny kosmetyk i myślę, że raz na jakiś czas można się na niego skusić ;)



A jak prezentują się Wasi zimowi ulubieńcy?


Buziaki, A.

środa, 17 grudnia 2014

Nowości grudniowe - część 1.

   Grudzień to kiepski miesiąc dla mojego portfela i konta bankowego. Nie wiem czemu, ale zawsze pod koniec roku większość moich kosmetyków jest na wyczerpaniu. Dodatkowo, nagle zaczynam mieć kosmetyczne zachcianki. A moim usprawiedliwieniem są święta - toż to będą prezenty dla mnie ;)


    Będąc w Biedronce skusiłam się na jeden z zestawów marki Be Beauty. Wybrałam ten, który niby miał pachnieć ciasteczkami. Cóż, chwilowo używam dwa z powyższych kosmetyków i z tym aromatem różnie bywa... Jego największą zaletą jest chyba cena - zestaw kosztował mnie 15 zł.




    Po raz pierwszy w swoim życiu wybrałam się również do sklepu Inglot. Oczywiście, moim celem były cienie do powiek ;) Tyle dobrego naczytałam się na ich temat, że po prostu musiałam je mieć! Tak, to moja typowa zachcianka ;) Skusiłam się na paletkę 5 cieni. Mają one wykończenie albo "Shine", albo "Pearl". Jakoś nie przepadam za typowymi matami :) Wybrałam cienie o numerach: 109, 142, 393, 395 i 397.



    W sklepie Tk Maxx udało mi się zakupić podkład matujący marki Rituals za cenę 24,99 zł. Podobno ich standardowa kwota to ponad 100 zł. Troszkę trudno mi w to uwierzyć. W USA jego cena to ok. 20 - 25 dolarów, czyli i tak mniej niż widnieje na opakowaniu produktu. Jednak jego cena mało mnie interesuje. Nigdy nie miałam produktów owej marki i jestem ciekawa jak spisze się powyższy podkład :)



   Nie byłabym sobą, gdybym nie wybrała się na zakupy do Rossmanna ;) Jednak tym razem zakupiłam tylko na te produkty, które miałam już na wykończeniu. I tak do mojego koszyka zakupowego wpadł żel pod prysznic z uroczym pingwinkiem marki Isana ( 2,99 zł ), płyn micelarny do cery naczynkowej z Lirene ( ok. 11 - 12 zł ), peeling do ciała z serii Tutti Frutti marki Farmona ( 9,99 zł ), pianka do golenia o zapachu jabłkowym ( 3,49 zł ) oraz spiralka do rzęs ( ok. 5 zł ), która będzie służyła mi do wyczesywania nadmiaru kosmetyków z brwi ;)



    Jakiś czas temu zauważyłam, że kredka Jumbo marki NYX dość dziwnie zachowuje się, gdy zaaplikuję na nią cienie jasne - matowe czy też perłowe. Miejscami widać prześwity, co nie wygląda zbyt estetycznie. Z tego też względu zakupiłam bazę pod cienie z Ingrid Cosmetics za ok. 11 - 12 zł. O dziwo, znalazłam ją... w Tesco ;)




    Zestaw kosmetyków marki Bielenda jest jedynym, którego nie zakupiłam, a dostałam w ramach wygranego konkursu w pracy. Przyznam, że rzadko kiedy kupuję produkty owej marki, więc cieszę się, że będę mogła poznać je "bliżej". A kubek termiczny - zimą zawsze się przyda ;)






    Zestawy Axe "Anarchy for her" oraz "Jeżyna i malina" z serii Tutti Frutti marki Farmona również zakupiłam w sklepie Rossmann. Za pierwszy z nich zapłaciłam nie całe 35 zł, a za drugi - 18,49 zł. Oczywiście, również są to moje kosmetyczne zachcianki ;) Jednak tłumaczę to sobie tak - dezodorantów, peelingów i produktów do kąpieli nigdy za wiele :D


    Co najgorsze dla mojego portfela - nie jest to koniec moich grudniowych zakupów. Do odbioru mam zamówienie ze sklepu Merlin, jutro wybieram się do Mydlarni Wrocławskiej po nową porcję wosków... Istne szaleństwo! ;)



Czy Wy również szalejecie z zakupami w tym miesiącu?


Miłego dnia, Wasza A.